Zosiosamosiowatość złośliwa.

Ciężka choroba o podłożu genetycznym, najczęściej dziedziczona w linii żeńskiej. Typowe objawy? Niezdolność do skorzystania z oferowanej pomocy oraz jakichkolwiek udogodnień, które mają na celu ułatwienie lub uprzyjemnienie życia.

Wigilia u prababci Waleski zaczynała się z pojawieniem się pierwszej gwiazdki.

Według czasu środkowoatlantyckiego. „Nikt mi się tu nie będzie po kuchni pałętał, jak ja sztrudla zagniatam, mak mielę i karpia smażę!” – przeganiała głodnych pomocników.

Babcia Kadi ceruje ręcznie wszystkie skarpetki, zanim zdążą się przedziurawić. Maszyna do szycia stoi w pokoju obok, a nowe skarpetki rosną na drzewach. To nic, babcia biegnie na ratunek każdej parze, nie pozwalając dojść do głosu maszynie. Między innymi z tego powodu jeszcze niedawno chodziłam w skarpetkach ze Snoopy’m. Tak, jestem już po trzydziestce.

Mama Ilonka z zacięciem samodzielnie sznuruje sobie buty z ręką na temblaku. Ile to może zajmować czasu? Nikt nigdy nie mierzył.

Kiedy się zorientowałam, że mam problem?

Mój przypadek stał się poważny podczas kompletowania dokumentów niezbędnych do pozyskania wizy irańskiej, natomiast postać kliniczną osiągnął, gdy przejechałam tysiąc kilometrów do stolicy Iranu, a potem tysiąc kilometrów z powrotem na południe żeby złożyć wizyty w dwóch bardzo mało gościnnych ambasadach. Opowiedzieć? Pewnie, że opowiem.

Siedzimy sobie w jedynej internetodajnej knajpce w jakimś bardzo niewielkim miasteczku w Armenii i z zapałem rozpoczynamy research na temat 30dniowego biletu wstępu do Iranu. Wcześniej o tydzień za długo czekaliśmy na wizę azerską w Gruzji, bo urzędnicy placówek konsularnych pracują w swoim tempie. Agencja pośrednictwa wizowego Aina Travel tę samą wizę załatwiłaby nam drogą mailową 7 dni wcześniej i o 8zł drożej. Mądram po szkodzie.

No ale pogoda była ładna, jezioro ciepłe, wino wieczorem, to i narzekać nie było na co. W Armenii też wino wieczorem i jezioro, ale już niekąpalne. No i pada. I w nocy się przymrozki robią. Trzeba się za wizy zabrać żwawo.

pośrednictwo wizowe

Jeden ze wskaźników niekąpalności jeziora.

„Dziękujemy za rejestrację w serwisie Visa to Iran. Państwa kod autoryzacyjny, z którym należy się zgłosić do ambasady będzie gotowy za 12 dni roboczych.”

To by było na tyle w kwestii szybkiego działania. Do oczekiwania na autoryzację doszło oczekiwanie na wizę, ani się obejrzałam, a już minął prawie miesiąc pobytu w Armenii. Pośrednictwo u Ainy kosztowałoby nas mniej więcej tyle, co hostel koło ambasady i kilka biletów autobusowych, pociesza tylko to, że agencja potrzebuje tyle samo czasu, co zwykły śmiertelnik.

W Iranie będziemy sprytniejsi.

Listopadowe dni w przygnębiająco zachmurzonym Erywaniu spędziliśmy z nosami w przewodnikach, informatorach konsularnych oraz na forach. Zaplanowaliśmy, wydrukowaliśmy, wypełniliśmy, zarejestrowaliśmy wszystko, wizy uzbecka i turkmeńska nie mają przed nami tajemnic.

Dobra, 30 dni powinno starczyć, trochę na styk, ale może się uda[i], więc najpierw Turkmenistan, ale gdzież, jak Turkmenistan wymaga wizy następnego kraju, to jednak najpierw Uzbekistan, turystyczna brzmi świetnie, i nawet czeka się mniej niż tydzień, co my tu potrzebujemy, aha, list z zaproszeniem od firmy lub obywatela Uzbekistanu, na pewno to nie będzie problem, ach, oczywiście, że to nie problem, kosztuje jedyne 110$ od osoby, no więc chyba jednak nie, to może tranzytowa, do niej nie trzeba zaproszenia, tranzytowa niech będzie, ale wyrobienie wizy dwa tygodnie, to nic, gdzieś sobie pojedziemy, potem wrócimy do Teheranu odebrać wizę, uffff.

Wyzwanie nr 1

Zaplanować zwiedzenie i poznanie kraju o rozmiarze czterech Polsk, tak, żeby dwukrotne jeżdżenie do stolicy na samej północy miało sens. Zapomnij.

Wyzwanie nr 2

Przebić się przez 12milionowe miasto rozszyfrowując robaczkowe napisy na znakach,  zlokalizować ambasadę, o której nikt nie słyszał, położoną na ulicy, której nie zna żaden taksówkarz i dotrzeć do niej w godzinach otwarcia: 9:00 do 10:30.

Hej dana, dana, jestem niepokonana! Na dwa tygodnie można zapomnieć o sprawie.

Wyzwanie nr 3

Wrócić 1000km do Teheranu, w którym napadało w międzyczasie śniegu do kolan, dotrzeć do ambasady uzbeckiej z otwarciem drzwi, uprosić pracownicę, żeby pozwoliła nam wejść do środka, a nie kazała moknąć, poczekać, aż konsul dotrze spóźniony i przyzna nam wizy o godzinie 10:25, próbować złapać taksówkę, zorientować się, że kiedy w Teheranie pada śnieg, to taksówki nie jeżdżą, rzucić się na maskę nadjeżdżającego samochodu i ubłagać kierowcę żeby podrzucił nas w okolice ambasady turkmeńskiej, aby dotrzeć zanim ją zamkną o 11:00 i otworzą 4 dni później, utknąć w korku, ponieważ Irańczycy nie korzystają z opon zimowych, znaleźć najbliższe ksero, koniecznie kolorowe, bo Turkmenistan lubi dokumenty w kolorze, dobrnąć do ambasady 20 minut po jej teoretycznym zamknięciu i odkryć, że tam konsul też się spóźnił, więc wielkodusznie został przy okienku pół godziny dłużej, i z uśmiechem, nie dając zadyszce dojść do głosu, aplikować.

Ilekolwiek Aina policzyłaby sobie za pośrednictwo wizowe w przypadku tych dwóch krajów, warto.

Zdrowie psychiczne jest bezcenne.

Mama Ilonka już się zorientowała, że miło przyjąć pomoc, jak ręka jej nie do końca działa. Babcia Kadi zgodziła się, że skarpetki ze Snoopy’m dokonały żywota. Prababcia Waleska przed swoją przedostatnią wigilią pozwoliła dziadkowi Józkowi obierać jabłka i siekać orzechy. Ja też się już nauczyłam, ale o tym innym razem.


[i] Nie udało się, wizę irańską trzeba było przedłużać. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wizyta w urzędzie imigracyjnym w Maszhadzie nas wzmocniła.


Artykuł powstał we współpracy z firmą Aina Travel.


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.