HitchHaning

nieco sarkastyczny blog podróżniczy

Kilometr 46 057: o trollowaniu Australijczyków i opuszczonej chacie aborygeńskiej

Nazywam się Hania Zieleźnik-Rybak.

Wiele osób pyta mnie, po co mi podwójne nazwisko. Odpowiadam wtedy, że jakoś tak się przyzwyczaiłam, dziwnie było nagle przestać być Zieleźnikiem, nie mam rodzeństwa, najmłodsza w rodzinie, blabla.

To nieprawda.

Prawda jest taka, że uwielbiam obserwować twarz osoby, która ma zapisać albo przeczytać moje nazwisko.

Przybierało ono już tak różne formy, od Źelezinika przez Zielińską do Żelaźniaka (moje ulubione!), że próby wymyślenia czegoś nowego wprawiają mnie w euforyczno-sadystycznie dobry humor. Nie, żeby moje przysposobione nazwisko było nudne, o nie! Już w pierwszym tygodniu zostałam Rybą i Robakiem, ale to jednak nie to samo.

Podczas podróży nieczęsto legitymuję się z nazwiska, więc dla dostarczenia sobie stałej dawki adrenaliny postanowiłam nazwać niniejszego bloga HitchHaning, która to nazwa obfituje w spółgłoski rozrzucone dla polskiego oka nieco przypadkowo i sprawia, że dostają się tutaj tylko osoby wystarczająco błyskotliwe.

Dlaczego o tym piszę?

Ano dlatego, że już w pierwszych dniach pobytu w Australii odkryłam, że mam swojego nowego bohatera. Mojemu sercu stał się bardzo bliski Paweł Edmund Strzelecki. Był podróżnikiem, owszem. Był również odkrywcą, był geografem i geologiem, i to wszystko jest bardzo inspirujące, ale nie wolno zapomnieć o najważniejszym: gość trollował zanim stało się to modne.

“Mount Kozjosko? Nie mam pojęcia czemu się tak nazywa, ale to pewnie od nazwiska pierwszego zdobywcy? Chyba był Japończykiem.”

Nikt w Australii nie potrafi wymówić Góry Kościuszki prawidłowo, ale to nie najlepszy numer, jaki Strzelecki Australijczykom wywinął. Facet się nagimnastykował, przejechał kontynent we wszystkich kierunkach, zajrzał do każdej dziury i wlazł na każdy pagórek i to zaowocowało, bo teraz Australijczycy nie rozumiejąc czemu i nie wiedząc kto zacz, mają na swojej mapie: Strzelecki Ranges, Mount Strzelecki, Strzelecki Peak, Township of Strzelecki, Strzelecki Creek, Strzelecki Track, Strzelecki Desert, Strzelecki Scenic Lookout, Strzelecki Highway, Strzelecki Railway Line, Strzelecki National Park, Strzelecki Regional Reserve i prawdopodobnie jeszcze kilka innych miejsc, które skutecznie łamią lokalne języki.


Pierwszego dnia po przylocie do Australii Piotrek wybrał się na stację benzynową w celu uzupełnienia paliwa do palnika.

Wyprawa okazała się misją skazaną na porażkę, bo benzynę się sprzedaje tylko z wlewem prosto do baku. Frustrująca sprawa, potrzeba nam szklanki paliwa żeby odpalić kuchenkę, ugotować kolację i zjeść ciepły posiłek, a australijskie stacje benzynowe traktują nas zerową dawką empatii i nawet nikt nie chce powiedzieć, o co chodzi. Udaliśmy się do portu, gdzie napotkany kapitan poratował nas brunatnym dieslem i westchnął głęboko:

„No tak… Aborygeni zaczęli wąchać benzynę, to teraz nikomu nie sprzedają.”

Kilka dni później weszliśmy do monopolowego. Obok ekspedientki siedział policjant w pełnym rynsztunku, uzbrojony w tablet, notes i wielką księgę, a za nim wisiał plakat z napisem: Are you on the Banned Drinkers Register[1]? Pani sprzedawczyni sprawdzała wiek klientów, a policjant wpisywał ich nazwiska w tabelkę, odnotowywał ilość zakupionych butelek i podpytywał, czy na pewno nie planują się dzielić z sąsiadem, który niedawno przegiął z imprezowaniem, zaczął się awanturować i trafił do rejestru. Ze sklepu wychodziły tłumy Aborygenów z naręczami wina w kartonach i najtańszego bourbona.

Stwierdzenie, że Aborygeni nie cieszą się dobrą opinią wśród białych Australijczyków, byłoby poważnym niedopowiedzeniem. I jedni i drudzy nie kryją się z wzajemną niechęcią, a fakt, że rząd australijski stara się odpokutować za krwawą kolonizację poprzez obrzucanie Aborygenów pieniędzmi, które ci później wydają na alkohol, narkotyki i samochody – nie poprawia sytuacji.


„Człowieku, magia!!!” – mocno rozchwiany Aborygen prowadził równie ożywioną, co jednostronną dyskusję z Piotrkiem.

– What’s your name?” – zapytał.

– Peter. – odpowiedział Piotrek.

– Dude!  Skąd znałeś moje imię?! Magia, normalnie magia! Jak zgadłeś? A jak ty się nazywasz?

Obserwowałam przez chwilę rozwój sytuacji, ale szybko doszłam do wniosku, że nie ma potencjału. Wybrałam się więc na wycieczkę po Tennant Creek, mocno aborygeńskim miasteczku na środku pustyni, w poszukiwaniu zadaszenia, pod którym moglibyśmy rozbić namiot, tak, żeby ani nie wchodzić w drogę niezbyt trzeźwej gawiedzi, ani nie dać się zmyć ulewie, co to owy środek pustyni właśnie nawiedziła. Piotrka porzuciłam z plecakami pod daszkiem sklepu mięsnego na pastwę zainteresowanych przybyszem miejscowych.

tennant creek

Oto, co oznacza pojęcie “na środku pustyni”

Gdzie najlepiej szukać lokalnej mądrości?

W najpopularniejszym przybytku, rzecz jasna. Skierowałam zatem swoje kroki do monopolowego, żeby podpytać sprzedawczynię, klientów i policjanta, czy nie przychodzi im do głowy jakiś osłonięty od deszczu zakątek, na co jedyna dziewczyna, która kupowała likier truskawkowy, a nie wino w kartonie zgarnęła mnie i zaprowadziła w miejsce, w którym kiedyś mieszkała jej siostra, ale na czas ciąży przeprowadziła się do rodziców. Tym oto sposobem zamieszkaliśmy w opuszczonym aborygeńskim domu na przedmieściach Tennant Creek. Z małym kartonem wina, w końcu kiedy wejdziesz między wrony…

tennant creek

Oto nasza opuszczona aborygeńska chata.

tennant creek

Salon

Wróciłam pod mięsny przekazać radosne wieści, a Piotrek stał w dokładnie tej samej pozycji, w której go zostawiłam, zmienił się tylko rozmówca. Większość konwersacji, które odbył w ciągu tej godziny była równie natchniona, co ta o magii i imionach, ale gdy podeszłam bliżej usłyszałam stukot szczęki Piotrka o chodnik.

– Polska? Ach, tak… Polska, znam. Trochę się wycierpieliście w ostatnim stuleciu… Jak młodzież się pozbierała po komunizmie?

Pan Aborygen przez pół godziny prowadził monolog na temat historii Polski powojennej. Wałęsa przeskoczył przez płot, pan skończył wątek, po czym spojrzał w górę i powiedział:

– Niebo mówi mi, że będzie padać przez dwa dni. Uważajcie na siebie.

I poszedł.


Może i niewielu Australijczyków wie, kim był Kościuszko i skąd u nich tyle Strzeleckiego, ale gdzieś tam na środku pustyni w Tennant Creek mieszka Aborygen, który mógłby śmiało stawać w szranki z finalistami 1 z 10.

A padało faktycznie przez dwa dni.

tennant creek


[1] Rejestr pijących objętych prohibicją


I jeszcze wycieczka po Tennant Creek:

tennant creek

Najbardziej ekscytująca część miasta.

Koniec wycieczki.

tennant creek

Oto, jak zmienia się krajobraz po drodze.

tennant creek

Podróż z widokiem na kopce termitów i horyzont

tennant creek

Ciekawostka: Aborygeni nie wypowiadają imienia zmarłej osoby. Każdy nieboszczyk będzie nosił to samo imię, w zależności od plemienia.

tennant creek

Czy mówiłam już, że Piotrek to współczesny Macgyver? Skończyło nam się paliwo do kuchenki…


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.

6 Comments

  1. To zadziwiające ilu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o polskiej mentalności wyjeżdżając za granicę. Może w przyszłym roku też się w końcu gdzieś wybiorę, bo niestety w tym roku nie mam już urlopu…

  2. Ale fajnie piszesz 🙂 Czekam na ciąg dalszy.

    • Hania, kierownik wycieczki

      05/07/2018 at 02:58

      Dziękuję 😀
      A ciąg dalszy w każdy czwartek, chyba że się wybiorę na blogowe wakacje 😛

  3. Kiedys mieszkalismy z Australijczykami, tam dowiedzielismy sie ze Kozjusko to rowniez nazwa piwa ‘Kosciuszko’

  4. Macgyver wygrywa dzisiejszy wpis! Chociaż pan od polskiej historii depcze mu po piętach 😉

Powiedz mi, co myślisz:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

© 2018 HitchHaning

Theme by Anders NorenUp ↑