Spoglądamy na mapę. Mamy do wyboru dwie drogi: przez stolicę albo boczną, ale wyraźnie i jednoznacznie istniejącą. „Nie będziemy się pakować do Tbilisi, wydostanie się zajmie nam pół dnia!” – orzekła bystrze Hania.

No i pojechaliśmy. Pierwszy sygnał, że coś może niekoniecznie pójść po naszej myśli powinien do nas dotrzeć, kiedy wszystkie trzy autostopujące pary (Nie mówiłam? W Gruzji mieliśmy gości!) wysadzono na zakurzonym i mocno słonecznym skrzyżowaniu, od którego odchodziła gruntowa droga. Nie załapałam. Drugim znakiem było zamknięcie tejże drogi – razem z mieszkańcami okolicznych wiosek czekaliśmy aż koparki na chwilę przestaną rzucać głazami i przepuszczą powiększającą się kolejkę pojazdów, której przodowała spycharka torująca drogę. Dotarliśmy do, jak się okazało, ostatniej osady. Dalej już tylko traktorem, 2 km, i z buta. Następnemu, przejeżdżającemu po dwóch godzinach pojazdowi rzuciłam się na maskę.

Kierowca z miną mówiącą „No dobra…” zaprosił nas do samochodu po to, żeby już za chwilę z miną „Może coś z nich będzie?” zaprosić nas do domu na suprę (gruzińską kolację) z prawdziwego zdarzenia, zgarniając przy okazji z drogi resztę naszej ekipy. Po kuchni, umiejscowionej zaskakująco na werandzie, krzątała się żona i trójka dzieciaków.

dsc_0838

Przy zastawionym po brzegi stole pojawiły się pierwsze toasty (prawdopodobnie piękne i poetyckie, żebym je tylko mogła zrozumieć…) – wino pite do dna za ojczyznę, przodków, kobiety, a z czasem już coraz mniej do dna za przyjaźń, życie, dzieci. Po kilku godzinach powoli miejsca przy stole zaczęły się zwalniać, po kolei dziękowaliśmy i kładliśmy się spać. Do końca imprezy został tylko nasz gospodarz, który do świtu sączył wino na przemian z koniakiem i szampanem. Wniosek: nie próbuj przepić Gruzina. Nigdy. Nawet Polakiem będąc. Bo polegniesz, jak i my polegliśmy.

gruzja-map-5


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.