Theany, uśmiechnięty kapitan resortowej łódki, podwinął rękawy, odsłaniając domowej produkcji tatuaże. Na lewym przedramieniu: Sory mama, sory papa, a na prawym nazwa hotelu, dla którego pracuje. Kilka miesięcy wcześniej jeden z chłopaków z budowy zostawił w resorcie swoją maszynkę do tatuowania, stała się ona bardzo popularną zabawką. Powstrzymując chichot pomyślałam sobie, że tatuowanie imienia dziewczyny to jednak nie najgorszy z pomysłów…

W akompaniamencie warkotu silnika i fal rytmicznie rozbijających się o dziób łodzi opływaliśmy wyspę Koh Rong Samloem, odkrywając puste plaże wysiane drobniutkim piaskiem i starając się nie nadepnąć na jeżowca podczas poszukiwania rozgwiazd w masce zreperowanej gumką recepturką. Khmerska załoga obdarzona była wyjątkową zdolnością do  psucia masek i rurek do snorklowania (dotychczas odkryto 5 sposobów na uszkodzenie maski i 2 sposoby unicestwienia rurki). Wypatrywaliśmy latarni morskiej i tajemniczych czołgów stojących wokół niej, podziwialiśmy klify schodzące do morza, zgadywaliśmy, dokąd mogą prowadzić ścieżki przez hipnotyzująco zieloną dżunglę…

Zapadł zmierzch, a doszczętnie wygryziony księżyc pozwolił lagunie pogrążyć się w ciemności. Łódź cięła wodę, a bryzgające krople mieniły się odbiciem gwiazd…

Guzik, jakich gwiazd?! Romantyczny bełkot! Toż właśnie wpłynęliśmy na terytoria Planktonu! Król Plankton lubi otaczać się błyskotkami, zarządził więc bioluminescencję: każdy jego poddany ma świecić, migotać, mrugać, lśnić lub błyskać. Królestwo zwiedzamy skacząc z łodzi z otwartymi oczami (gumka recepturka na masce nie wytrzymała napięcia…), chlupocząc i machając co sił w kończynach. Na naszych oczach laguna pokrywa się srebrzysto-błękitną poświatą, a ja nurkuję w choince gotowej na święta.

Fazy księżyca to bardzo ważna sprawa i bynajmniej nie chodzi o pływy i możliwości obserwowania bioluminescencji. Pełnia i nów stanowią dwa najistotniejsze powody do świętowania, i to właśnie na podstawie napełnienia księżyca ustala się wyspiarski grafik imprez. Cała ludność, miejscowa i napływowa, wybiera się wówczas do baru w dżungli. W barze tym rządzi dzikość przyrody, tequila i niemiecki techno DJ. Niemieckiemu DJ-owi nie straszny pusty parkiet. On jest w swoim natchnionym świecie i ewidentnie tęskni za domem. Jak za skinięciem magicznej konsoli, zamienia dżunglę w berlińską Love Parade. Z rozmachem, z uczuciem, z misją daje popis młotów udarowych miarowo wwiercających się w zepsuty odkurzacz.

Dzięki niemu nauczyłam się o sobie nowej rzeczy. Jednak jestem tą osobą, która na imprezie prosi, żeby zagrali Despacito[1].


[1] Ale Despacito nie ma. Nie ma też Ai se eu te pego ani Shape of you. Jest tylko ciemność, odkurzacz, tequila i głuchota na jedno ucho.

 


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.