HitchHaning

nieco sarkastyczny blog podróżniczy

Frankie i historia podboju Melaki, cz. 2

Lekko pomarszczona, ale dobrze zakonserwowana Chinka z wybieloną twarzą, równym przedziałkiem i ciasno związanymi nad karkiem włosami, przywitała gości i skinęła na dwie nastolatki, które bezdźwięcznie uzupełniły filiżanki bardzo słabą zieloną herbatą. Nowoprzybyli dołączyli do osób zebranych przy stole i rozsiedli się na karminowych poduchach przesiąkniętych oparami opium. Wszyscy z zainteresowaniem obserwowali, jak czwórka graczy sprawnie układa tabliczki z tajemniczymi znakami.

Partia mahjonga trwała w najlepsze.

W tym samym czasie piętro wyżej oddawano się zgoła (z goła) innym przyjemnościom, do których dostępu pilnowała druga, równie wybielona, ale znacznie mocniej pomarszczona Chinka, która usadowiła się z miską zupy między kuchnią, a wejściem na piętro i siorbała cicho, ignorując podekscytowane głosy dochodzące znad partii mahjonga. Gracze z kolei ignorowali podekscytowane głosy dochodzące z piętra.

Frankie i hazard

Sto lat później, na kanapie z kilkoma dziurami wypalonymi papierosem i poduchami o słodkawym aromacie amsterdamskiej kawiarni, Monika, Banana, Frankie i ja graliśmy w Yahtzee[1], o to, kto gotuje kolację. Element hazardu nie był potrzebny, bo gdy do gry wkracza Frankie, to nie da się przerżnąć bardziej niż on. Wielu próbowało, wszyscy polegli. Do dziś niepobity rekord to jego zakłady multilotka z 2007, w których obstawił 60 liczb. W losowaniu padło pozostałe 20. Żeby Frankiemu nie było samotnie, Banana i ja na przemian przegrywałyśmy rundę o ciasto, a Monika gotowała dla rozrywki, na przykład pizzowego potwora, który powstał z kilograma mąki i opanował ¾ lodówki i, taranując po drodze słoiki, zakradał się w nocy do łóżek.

Naszym okrzykom żywcem wziętym z kasyna towarzyszyły rytmiczne gongi z chińskiej świątyni oraz urywki ulubionych piosenek rikszarzy, którzy pedałowali na swoich trzykółkowych motylach zaraz pod oknem.

Zamieszkaliśmy w Chinatown w Melace, w domu Berniego.

Bernie, postać barwna, duch wolny, nieczęsto kierował się w życiu konwenansami. Jeżeli miał chęć w barze podawać koniak bez licencji, to podawał, wszak koniak francuski to sztuka, sztuka dla ludu! Z kolei jak miał potrzebę powiedzenia dawnemu przyjacielowi, że go zranił, to brał w obroty swoje doświadczenie barmańskie i serwował Mołotowa, a nagrodą za ten pokaz asertywności i otwartości w mówieniu o uczuciach było zdjęcie w lokalnych gazetach. Jednej kwestii Bernie jednak zawsze porządnie pilnował, a był nią czas legalnego pobytu w Malezji. Co trzy miesiące udawał się więc na zasłużony tygodniowy odpoczynek do Tajlandii lub Indonezji, mydląc w ten sposób oczy malajskim celnikom skutecznie i dowodząc adekwatności swojej wizy, od siedmiu lat turystycznej.

Tym razem szczwany plan zawiódł. Biedny Bernie, powracając do bycia turystą w Melace, został zakwestionowany, a dobę później – deportowany. Rasiści! – krzyczał – Podłe dranie! Co to za system! Taki system nieubłagany. W paszporcie Berniego zagościła wielka okrągła pieczęć głosząca bezkompromisowo zakaz wstępu do Malezji przez 30 dni.

Wszystkim było Berniego bardzo żal, głównie dlatego, że z jego nieobecnością wiązał się zamknięty bar, ale ponieważ odpoczynek mu nie zaszkodzi, a my nie pogardziliśmy przedłużoną dzierżawą klubu mahjonga, to postanowiliśmy się aż tak mocno nie martwić.

Frankie i chińska restauracja

Frankie pokierował swe kroki do restauracji, w której kelnerowałam mając jeszcze dwa całe obojczyki, a ponieważ jego standardy pracy były już słynne w całej Melace, szefostwo go przytuliło, nie wierząc we własne szczęście. Pracowaliście kiedyś w restauracji? Zdarza się czasem tak, że każdy stolik jest zajęty i przez cały wieczór się biega, notuje i prezentuje cały garnitur zębów. Zdarzają się też dni takie, że klientów brak, całe miasto najadło się dzień wcześniej i się siedzi całe boże popołudnie i czyta książkę/ pisze nowe wpisy na bloga/ gra w kulki. To ja. To nie Frankie. Frankie jest taką pszczółką biznesu, że jak mu się w pracy nudzi, to szuka jej więcej, toteż kursował sobie między dwoma restauracjami i recepcją hotelu, z czego na recepcji było najgorzej, bo nic tak nie zabija, jak bezczynność.

Ja pokierowałam swoje kroki do okolicznych hoteli w celu pozyskania wszystkich możliwych haseł do wifi, bo z kolei nic tak nie leczy bólu serca i obojczyka, jak możliwość nadrobienia zaległości w serialach za pomocą kradzionego internetu.

I tak nam upływały kolejne tygodnie: każdego wieczora zdawałam relację z życia bohaterów Netflixa, a Frankie udowadniał, że prawdziwe życie to jest jednak poza kanapą i komputerem, bo ile bym się nie naoglądała, a nawet poprawiła Sheldonem i Współczesną Rodziną, to jego przygody i tak mnie przebijały…

Frankie wygrał Melakę.

Doświadczenie nauczyło nas, że nieoceniony punkt zaczepienia do przeżycia przygody życia podczas pracy w chińskiej restauracji stanowi sprawdzenie zakresu elastyczności współpracowników. Można próbować wymyślić coś samemu, ale po co się wysilać, skoro zaraz głodny klient nas wyręczy. Przychodzi taki bezczelny i pyta, czy do świeżo wyciskanego soku z marchwi można dodać imbir. Logika podpowiada – w kuchni jest imbir, w barze marchewka, czemu by nie zrobić fuzji? Frankie, pełen młodzieńczego entuzjazmu, rączo pognał do kuchni jak ten gazel, a kuchnia mu na to, że imbir jest ich, jak chce imbir do baru, to niech se kupi. Frankie z palmy się nie urwał, z kobietą foszastą ma do czynienia od dawna, toteż wycofał się zachowawczo, a że kolejny klient przybył i do brownie poprosił lody czekoladowe zamiast waniliowych, poszedł negocjować do Aris z deserowni, która to zauważyła błyskotliwie: ale w menu jest zdjęcie z lodami waniliowymi, to mają być waniliowe!

Frankie i defibrylacja

Nie poddał się Frankie, o nie! Przy okazji kolejnego stolika, który impertynencko wręcz przybył do restauracji z dzieckiem i poprosił dla malucha o sam makaron z żółtym serem, ale bez sosu do spaghetti, Frankie postanowił zaufać męskiej decyzyjności i twardej ręce i o wycenę takiego dania zapytał syna szefa. Syn szefa faktycznie dał popis twardej ręki i decyzyjności, albowiem powiedział:

“Klient jest w błędzie. Spaghetti podaje się z sosem.”

To był chyba ten moment, kiedy we Frankiem ostatecznie umarła chęć pracowania z ludźmi, jesteśmy w trakcie defibrylacji, trzymajcie kciuki.

W tym czasie reanimację swojego pobytu w Malezji o dwa tygodnie przed terminem postanowił przeprowadzić Bernie i nic nikomu nie mówiąc, przeprawił się do Melaki promem, bo zgodnie z berniką (Bernie+logika), celnicy lotniskowi i celnicy portowi to dwie oddzielne instytucje. Efekt: pieczęć sąsiadująca z tą pierwszą, o treści: zakaz wstępu do Malezji przez 90 dni.

Aris, nie tylko swoim konserwatywnym podejściem do smaku lodów na ciastku, podpadła jednemu z klientów na tyle, że zakwestionował jej profesjonalizm w recenzji na Trip Advisor, co się nie spodobało szefowi. Ja tam dużo doświadczenia w reagowaniu na recenzje nie mam, ale raczej się woli, żeby były miłe i puchate, tak jak Wasze komentarze pod ostatnim wpisem, bo wtedy się adresat jeszcze bardziej szczerzy przez cały dzień niż zazwyczaj, no a szef się nie uśmiechnął wcale. Cóż pozostało, plus z minusem daje zero, toteż Aris czym prędzej weszła na swoje konto i wystawiła restauracji recenzję pozytywną. Szef pozostał nieuśmiechnięty.


Bernie się doigrał, ostatecznie deportowano go do Francji, gdzie przez całe 90 dni klął na malajski rasizm i draństwo systemu. Frankie ruszył w jedną stronę świata, ja w zupełnie przeciwną, a w klubie mahjonga na jakiś czas zgasły światła.

Niedawno rozmawiałam z Bananą, potwierdziła, że Bernie wrócił bezpiecznie, francuski list gończy go nie znalazł, otworzył znów bar, odetchnął powietrzem Chinatown, polał wszystkim francuskiego koniaczku i powiedział, że dobrze, że wpadł do tej Francji, bo mu się paszport skończył.


[1] Gra w kości, idealna w podróży!


Dla ostatecznego podkreślenia, jak międzykulturowa jest Malezja, dzisiaj zdjęcia w kolorach Kuala Lumpur.

kuala lumpur

kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur kuala lumpur


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.

9 Comments

  1. I jeszcze jedno. Tym razem pytanie. Co to są za “kładki”, “rampy” na tym zdjęciu https://i1.wp.com/hitchhaning.com/wp-content/uploads/2018/01/DSC02329-e1515082944949.jpg ???

    • Hania, kierownik wycieczki

      31/01/2018 at 06:56

      To chyba zadaszenie w Chinatown, nad ulicą handlową.

  2. No dobra. Czytam, tak czytam i mam nieodparte wrażenie, że powinnaś wydać książkę.
    Nie wiem jak inni czytelnicy, ale ja chłonę Twoje opowieści na jednym wdechu. Bardzo fajny styl, lekki i z tym poczuciem humoru, który lubię. Więcej! Ja żądam więcej! Najlepiej w twardej oprawie 😉

    • Od drugiego posta powtarzam Hani te słowa. Ale głupio tak pod każdym postem pisać: wydaj książkę 😉
      Twarda okładka- super pomysł! 😉

      • Hania, kierownik wycieczki

        30/01/2018 at 02:20

        Ooo, mam już dwoje fanów poza mamą 😀
        Twarda oprawa brzmi bardzo zachęcająco, myślę, że kiedyś nastąpi i, Magda, mam nadzieję, że jeszcze będziesz wtedy miała wtyki w bibliotekach 😉

        • Co by się nie działo-wtyki zostaną, spokojnie 😉

        • Hania, a jakbyś potrzebowała kogoś do składu i ubrania książki w formę graficzną to… wiesz, gdzie mnie szukać 😉

          • Hania, kierownik wycieczki

            31/01/2018 at 06:54

            Super, dziękuję! będę się odzywać (w bliżej nieokreślonej przyszłości :)).
            A jeszcze przemyśliwując sprawę doszłam do wniosku, że do książki jest potrzebne więcej prądu i kawy niż do bloga, chyba najpierw gdzieś osiądę 🙂

  3. ladymamma.pl

    26/01/2018 at 14:56

    O jaaacie! Ale klimatycznie! Chciałabym się tam znaleźć…

Powiedz mi, co myślisz:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

© 2018 HitchHaning

Theme by Anders NorenUp ↑