HitchHaning

nieco sarkastyczny blog podróżniczy

Kilometr 32 924: o pani Halince, peronie 9 3/4 i świetlikach

Lubię światełka. Światełka są fajne. Nie mogę być w Kuala Lumpur i nie zobaczyć moich światełek. – Justyna i Marek przylecieli nas odwiedzić i ledwie wylądowali, a ona już jedną nogą była pod pięknie iluminowanymi wieżami Petronas. Ja poszłam w interpretacji jej światełkowych życzeń nieco dalej.

Jak byłam mała, jeździłam co roku na działkę do cioci. Pół dnia spędzałam na czereśni, drugie pół nad jeziorem, a wieczorami goniłam świetliki i bardzo chciałam zrobić świetlikową latarkę, ale zawsze jak jakiegoś złapałam, to mi się go robiło żal. Nigdy nie dorobiłam się swojej latarki, ale słabość do świetlików pozostała, a światełkowe upodobania Justyny ruszyły machinę i następnego dnia rozpoczęliśmy przygotowania logistyczne do wyprawy do położonego nieopodal Kuala Selangor – świetlikowej stolicy Malezji.

Przygotowania logistyczne najlepiej zacząć na dworcu, toteż uzbrojeni w optymizm i zdecydowanie zbyt dużą pewność siebie, wyruszyliśmy na poszukiwanie przygody. Jak się po dłuższej chwili okazało, autobus odjeżdżał z peronu 9 3/4, a żeby go znaleźć, należało odpowiedzieć na podchwytliwe pytania pani Halinki w kasie tak, żeby nie zamienić się w kamiennego trolla, rozszyfrować wskazówki Mędrca-Dworca, zrobić 4 fikołki, złożyć w ofierze gekona i zaśpiewać piosenkę w klikającym języku Xhosa.

Świetliki były śliczne.

Zaczęły swój pokaz zaraz po zachodzie słońca: drzewa rosnące wzdłuż rzeki radośnie migotały tysiącami robaczków z latarkami w kuprach, niczym wygrana iluminacja sąsiedzkiego konkursu na najlepszą dekorację świąteczną, taka, jak w amerykańskich filmach.

To małe zielone fruwające to właśnie świetliki!

Na przyszłość – ktoś wie, jak im robić zdjęcia z większym sukcesem?

I schodząc z łódki na drewniany pomost myśleliśmy, że główna atrakcja już za nami, że większych przygód niż na dworcu u pani Halinki nie doświadczymy, ale ale! Zadbał o nas pan Mirek z dworca w Kuala Selangor, a zadbał tak, że jak wróciliśmy z obcowania z przyrodą, obiecany autobus powrotny wcale na nas nie czekał. Na jednym ze stanowisk stał tylko smutny, samotny bus, odpoczywający przed swoim pierwszym porannym kursem, a my poczuliśmy się dowartościowani, że właśnie wzięliśmy udział w tak niszowej atrakcji, że nawet nie ma z niej jak wrócić.

Jak myślicie, jak się łapie stopa w cztery osoby po 22 w dzień roboczy? Z zasady nienajlepiej, ale się udało.

A jak się tłumaczy jedynym dwóm Malajom (nie licząc pani Halinki), którzy ni w ząb nie mówią po angielsku, że chcemy dojechać w jakiekolwiek miejsce, które umożliwia połączenie ze stolicą o tej porze, jednocześnie wciskając im się w czwórkę na tylne siedzenie? Z zasady kiepsko, ale się udało.

Pytań ciąg dalszy: jaka jest pozycja przetargowa naszej czwórki, która właśnie zdążyła na ostatni autobus jadący gdzieś na peryferia stolicy, kiedy okazuje się, że pojazd jest standardu express VIP i nie mamy tyle gotówki? Dobrze kombinujecie: bardzo przeciętna, ale się udało.

I jaka jest szansa na to, że wsiądziemy do ostatniego pociągu odjeżdżającego za 4 minuty, kiedy trafiliśmy na gigantyczny dworzec pełen pań Halinek, nie mając biletu i nie znając drogi? Żadna. Ale się udało.

Piotrek i Marek w ostatnim tego dnia środku transportu walczą z systemem.

Czy cztery osoby, z czego dwie z poważnym jetlaggiem, docierając pod wrota hotelu o 3 nad ranem pójdą spać? Nieee, 12% piwo Pingwin wygląda tak zachęcająco…


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.

2 Comments

  1. Haniu, Wasze przygody są niezwykłe! czekam na kolejne, rozbrajające opisy! 😉

    • Hania, kierownik wycieczki

      31/10/2017 at 11:24

      Ha! Dziękuję i sama się nie mogę doczekać kolejnych rozbrajających przygód 😉

Powiedz mi, co myślisz:

© 2018 HitchHaning

Theme by Anders NorenUp ↑