HitchHaning

nieco sarkastyczny blog podróżniczy

Kilometr 30 126: o wodospadach, wydrach i jedwabnikach

Dobrze, że się zaczyna pora deszczowa, bo wodospady będą ładniejsze! – wykrzyknęła Hania z naturalnym dla siebie optymizmem. Pogoda na to odpowiedziała: „To ja Wam jeszcze uświetnię te wodospady!”. I lunęła.

Ulewa jest mą siostrą, strumień brateeeem…

Dojechaliśmy na naszym wypożyczonym motorku dwa kilometry za Dalat, żeby migiem schować się pod wiatę, przeczekać awarię nieba, i przy najlepszej kawie świata serwowanej pół na pół z mlekiem skondensowanym poobserwować pierwszy tego dnia wodospad, dudniący wartkim strumieniem z dachu na ulicę. Wkrótce okaże się, że czekoladowy aromat pięknego, aksamitnego naparu pochodzi z ziaren przetrawionych przez wydry.

I czemu ryś tak zęby szczerzy raaad?

Opad postanowił się nieco uspokoić, więc nabyto peleryny w serduszka i wyruszono dalej. W nadmuchanych wiatrem serduszkowych żaglach przemierzano górskie zakręty sowicie zakrapiane strumykami, mijano plantacje kawy (sparowane z hodowlami wydr) i pola słoneczników, dotarto do zwiedzalnej fabryki jedwabiu, lasami pognano pod wodospady.

Do chmur każde drzewo się pnieeee, skąd to wiedzieć maaasz…

Jedwabnik w akcji

Kopi luwak, Vietnam edition

Okoliczne rzeki pokazały nam swoją potęgę i poprawiły to, czego nie zdążyła zmoczyć ulewa. Biegaliśmy pod wodospadami i skakaliśmy ze skały na skałę, jak dwa dzieciaki taplające się w kałuży, śpiewając w głos. No dobra, tylko ja śpiewałam.

Możesz zdooobyyyć świat

Lecz to będzie tylko świaat

Tylko świaaaaat!

Nie barwyy, które nieesiee wiaatr…

1 komentarz

  1. Ile robaczków:P:P

Powiedz mi, co myślisz:

© 2017 HitchHaning

Theme by Anders NorenW górę ↑