Wietnam jest jednocześnie łatwym i trudnym kierunkiem dla backpackera.

Dlaczego trudnym? Bo wszechobecność motorków utrudnia autostopowanie (choć w teorii wiem, że moglibyśmy się oboje z plecakami zmieścić na motorze razem z kierowcą, jego rodziną i kilkoma kotami, wolałam nie próbować…). Bo każdy skrawek wolnego terenu wykorzystany jest na uprawę ryżu, który to rośnie na terenie mocno podmokłym, ergo, nienadającym się do rozbicia namiotu.

Bo spacerując bardzo lokalnymi uliczkami można zobaczyć grilowane głowy bardzo nieprzeznaczonych do jedzenia zwierząt[1]. Bo wpasowanie się w rytm drogi i umiejętne przejście przez ulicę to wyzwanie rzędu zatańczenia tanga z wujkiem dwie godziny po oczepinach. Bo podczas zakupów z nowopoznanym Trangiem zorientujesz się, że będąc turystą na targu, nawet kiedy wydaje ci się, że płacisz tanio, to i tak przepłacasz. Bo podczas kolacji z Trangiem i jego rodziną okaże się, że ta starsza pani częstująca cię wodą w butelce półlitrowej jednocześnie mówiąc do ciebie po wietnamsku, tak naprawdę ma w owej butelce całkiem procentowy bimber i oczekuje odpowiedzi. Bo po kolacji u Tranga możesz stracić połowę włosów, dlatego, że jego córki z koleżankami nigdy jeszcze nie widziały blondynki i warkocze czas zacząć. Bo kiedy do domu zaprosi cię Huy (tak, to bardzo popularne imię), narazisz się na przytyki ze strony jego babci, bo nie potrafisz sprawnie ugniatać ryżu i zawijać go w liście bananowca.

Impreza z mundurowymi!

Dlaczego łatwym? Bo przyjazny transport publiczny i tanie hostele z wszechobecnym wifi i barami z happy hour. Bo kawa jest niemożliwie aromatyczna (obiektywnie, nie tylko dlatego, że po Chinach każda kawa smakuje dobrze!), a w sklepie można kupić odziedziczoną po kolonizatorach francuską bagietkę. Ba! można kupić kitkaty i żelki Haribo! Bo można pognać szosą na wypożyczonym motorku, nigdy nie jest dalej niż 200 metrów od piwa (najtańszego piwa na świecie, według mojej najlepszej wiedzy) i jedzenie takie pyszne!
Bo żeby zobaczyć wietnamskie „pocztówki”, nie trzeba szukać, czy daleko chodzić – co druga osoba ma trójkątny słomkowy kapelusz i niesie bagaż na bambusowych kijach, w każdej knajpie stoi wino z ryżu z trupem węża albo skorpiona, można się potem pochwalić egzotycznymi zdjęciami.

Bo żeby wypożyczyć ten motorek, nie trzeba nawet umieć na nim jeździć! Bo można do każdego atrakcyjnego turystycznie miejsca dojechać autokarem z wycieczką zorganizowaną, dać się zaprowadzić do miejsca noclegu, upić się wieczorem za bardzo niezachodnie pieniądze, rano dojechać rikszą do restauracji nr 1 na TripAdvisor, zapytać kelnera „Czy to prawdziwe wietnamskie jedzenie?” i otrzymać odpowiedź twierdzącą, okraszoną ledwie zauważalnym pogardliwym spojrzeniem.

I można wrócić do domu szczęśliwym, że się miało takie autentyczne wakacje.

Aż fajerwerki z tego szczęścia 😛

Serio, serio, trafiliśmy zupełnym przypadkiem na mistrzostwa świata w fajerwerkowaniu w Da Nang. Go team Austria 😀


[1] Dlaczego w kraju z nigdy niekończącą się wegetacją, obfitością życia morskiego i zwierza wszelakiego je się psy? Dlaczego?

Łódką dopłyńmy do kompleksu jaskiń Phong Nha

Gdyby się miało dodatkowe dwa tygodnie i kilka tysięcy $, można by było odwiedzić największą odkrytą jaskinię świata…

My tymczasem musieliśmy się zadowolić mniejszymi, ale i tak imponującymi!

Górną z dwóch odwiedzonych jaskiń mieliśmy sami dla siebie.

Tylko Piotrek, ja, echo…

Oraz napotkane krasnale i meduzy.