HitchHaning

nieco sarkastyczny blog podróżniczy

Kilometr 26 830: rezerwat Yading, czyli jak zostałam masochistką

Obudziłam się ugrillowana po równo z każdej strony. Poleżałam jeszcze kilka chwil dopiekając plecy, wiedząc, że kolejnej nocy łóżka z materacem elektrycznym będzie mi bardzo brakować… Nieliczni szaleńcy, którzy wybierają się do Tybetu w miesiącach zimowych, szybko przyzwyczajają się do tostera pod prześcieradłem, na łóżku, za które zapłacili 3$. Zwykle trzeba sporej woli walki i siły ducha, żeby z niego wypełznąć i zmierzyć się z nieogrzewanym pokojem, ale nie dziś. Dziś mieliśmy wreszcie iść w miejsce, po które przyjechaliśmy do Chin.

Wyszliśmy na puste jeszcze ulice jednego z kilku (kilkunastu?) miasteczek, które po lekturze Lost Horizon Jamesa Hiltona przemianowały się na Shangri-la, w poszukiwaniu śniadania godnego zdobywców szczytów wysokich. Tybet uśmiechnął się do nas słonecznie i zdmuchnął z nieba dwie ostatnie chmurki. Yadingu, nadchodzimy.

Yading Nature Reserve to jedno ze świętych miejsc Tybetańczyków: kompleks trzech gór, wokół których pielgrzymują lokalni Buddyści. Najwyższa z nich, Chenresig, wznosi się na 6032m n.p.m., a okrążenie jej było naszym planem na najbliższe dwa dni. Zanim człowiek o dużej pojemności płuc wychowany na Nizinie Lubelskiej z drugim człowiekiem o mniejszych płucach, za to sporej okolicznej przestrzeni (mało praktyczna sprawa, szczególnie podczas górskich trekkingów), wychowanym na Wyżynie Śląskiej dotrą pod sześciotysięczną górę, powinni się nauczyć oddychać na nowo. Z wysokością nie ma żartów, koniecznie trzeba się zaaklimatyzować, im wolniej, tym lepiej, porządnie się nawadniać i poświęcić kilka minut dziennie na hiperwentylację, a potem nie wkurzać się na siebie za mocno, kiedy co 20 kroków musisz zrobić przerwę w marszu i uspokoić zadyszkę.

Lokalny pies uczy poprawnej hiperwentylacji.

Klasztor u bram rezerwatu

Jak już wiecie, misją rządu chińskiego jest pomoc Tybetowi i umożliwienie rozwoju cywilizacji, dlatego, zanim zaczniemy się wspinać, pochylmy się na moment nad zasługami Chińczyków w tym regionie. Jeszcze kilka lat temu wstęp do Yading Nature Reserve był darmowy, pod bramę parku odwiedzających chętnie dowozili tybetańscy taksówkarze, nawigacja na miejscu nie jest zbyt skomplikowana, ale piechurzy zainteresowani kilkudniowymi trekkingami mogli wynająć lokalnego przewodnika, a po ciężkim dniu wędrówki zatrzymać się w jednej z niewielu chat u miejscowej rodziny bądź mnichów. Aktualnie Tybetańczycy nie są już narażani na szok kulturowy, jakim jest spotkanie z przyjezdnymi, a mnisi mogą się w spokoju oddać medytacji, ponieważ gościć obcokrajowców im nie wolno. Kierowcy nie muszą już zarzynać swoich silników na ostrym podjeździe, bo brama parku została przeniesiona bliżej miasta, a na turystów czekają bardzo drogo obiletowane autobusy, wszak ktoś za tę nową drogę zapłacić musi.

To nie koniec usprawnień. Przed wejściem do parku czeka rząd toalet. Wchodząc do którejś z nich, klient najpierw posłucha relaksującej muzyki klasycznej, a następnie przemówienia, 1 minuta po mandaryńsku, 1 minuta po angielsku. Toaleta składa się z dziury w podłodze (takiej, jak na wydziale fizyki na UMCSie przed remontem), spłuczki i umywalki z bieżącą wodą. Jak na chińskie standardy – dość normalnie. Uwagę natomiast przyciąga tekst puszczony z głośnika, do tego stopnia emocjonujący, że z radością zostałam najpierw dodatkową minutę żeby wysłuchać, a potem dodatkowe dwie, żeby nagrać. Miła pani informuje klientów, że toalety powstały dzięki uprzejmości spółki X z Szanghaju, podpowiada, jak najefektywniej skorzystać ze wszystkich udogodnień, w jaki sposób ułatwić życie kolejnym podróżnym w potrzebie, a na końcu oświadcza: „Dziękujemy za współpracę i życzymy Państwu miłego załatwiania się.”

W tym przypadku takie instrukcje i przemówienia byłyby jeszcze zrozumiałe… To toaleta z Instytutu Hodowli Pandy Wielkiej w Chengdu 😉

Współpraca owa wprawiła mnie w doskonały humor i pierwsze godziny marszu upłynęły w mgnieniu oka. A może to dlatego, że wszyscy chińscy turyści nagle się rozpłynęli, żeby okrążyć punkty widokowe samochodzikiem elektrycznym, a ścieżkę prowadzącą przez łąki oddali nam na wyłączność? Himalaje jadły mi z ręki. Lodowce sięgały jęzorami po smakołyki, a surowe granie patrzyły na nie z dezaprobatą, mówiącą „opanuj się, bo się rozpływasz!”.

Jeszcze nie wiedziałam, że kolejnego dnia to mój jęzor będzie się majtał po ziemi, a podczas wdrapywania się na przełęcz 4 700 m będą mną targały najbardziej skrajne emocje. Że skrzące się krą lodowcowe jeziora będą mi przypominać najzimniejszą dotychczas przeżytą (przespaną to za duże słowo) w namiocie noc. Że łopoczące na wietrze kolorowe flagi modlitewne będą szeptać do siebie, że tej turystce to jakoś wolno idzie. Że będę udawać sama przed sobą, że kolejny postój jest na kontemplowanie magii gór, zgadywanie kształtów chmur spowijających szczyty i uwiecznianie tego raju, a nie na złapanie powietrza. Że Yading to koszmar, z którego nigdy nie chcę się wybudzić.

Na przełęczy 4 700 m n.p.m.

A one biegają i nawet się nie męczą. Frustrujące.

Ten, co śpiewa, że w górach jest wszystko, co kocha, ewidentnie nie kocha powietrza.


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.

2 komentarze

  1. Sobota, siedzę w pracy, oglądam, czytam, podziwiam! Gratuluję wytrwałości w zdobywaniu takich wysokości!
    A Lubelska też jest Wyżyną, Haniu 😉

Powiedz mi, co myślisz:

© 2017 HitchHaning

Theme by Anders NorenW górę ↑